niedziela, 29 marca 2026

 

OWOCE PEWNEJ REMINISCENCJI


Prapoczątki „Pasażerki” Zofii Posmysz sięgają 1958 roku, kiedy to zostało uruchomione pierwsze po wojnie połączenie lotnicze Warszawy z Paryżem. Właśnie wtedy pani Zofia dostała zadanie dziennikarskie z Polskiego Radia aby polecieć do stolicy Francji i wrócić tego samego dnia, a następnie opowiedzieć o tym na antenie. Będąc w Paryżu nagle usłyszała za sobą głos kobiety, która po niemiecku wołała do drugiej i ten głos przypomniał jej esesmankę Annelise Franz z Auschwitz. Reminiscencja – twórczy impuls. W 1959 roku powstaje słuchowisko radiowe „Pasażerka z kajuty 45”, rok później widowisko telewizyjne „Pasażerka” w reżyserii Andrzeja Munka, w 1961 Zofia Posmysz napisała nowelę filmową i wspólnie z reżyserem scenariusz do filmu, który został dokończony mimo tragicznej śmierci Munka, wszedł na ekrany w 1963 roku i uważany jest dzisiaj za ostatnie dzieło słynnej polskiej szkoły filmowej.
„Akuszerem” muzycznej wersji „Pasażerki”, czyli opery Mieczysława Wajnberga,można nazwać Dymitra Szostakowicza. Aleksandr Miedwiediew – główny autor scenariusza poznał Wajnberga właśnie u niego. Szostakowicz wtedy powiedział: „Powinniście razem napisać operę. Wam na pewno się uda, postarajcie się.” W połowie lat 60-ych, na łamach kultowego magazynu „Inostrannaja literatura” ukazała się „Pasażerka” Zofii Posmysz (została przetłumaczona na 15 języków, w tym rosyjski). Miedwiediew dał ją do przeczytania Wajnbergowi, który stwierdził: „Faktycznie z tego może powstać opera, spróbujemy ją napisać”. Kiedy już była gotowa, Szostakowicz zaprosił do siebie kompozytora i librecistę,aby go zapoznali z utworem. Po przesłuchaniu tak powiedział: „Mietek, wy sami nie wiecie, co napisaliście. To jest arcydzieło”.
Aleksander Miedwiediew omawiał z Zofią Posmysz wszelkie szczegóły „Pasażerki”. Opowiadał, że razem odwiedzili Auschwitz, weszli do baraku z trójpiętrowymi narami i w pewnym momencie pani Zofia odwróciła się i powiedziała: - To jest moja.
Autorka również odwiedziła kompozytora w Moskwie. Dobrze nie pamiętam, ale to była chyba odpowiedź na moje pytanie na spotkaniu z nią w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, czy osobiście poznała kompozytora. Tak, była u niego. I uderzyła ją jedna rzecz. Myślała, że to będzie rozmowa o propozycjach muzycznych rozwiązań, a to zupełnie nie interesowało Wajnberga. Dopytywał się jedynie bardzo szczegółowo o życie codzienne w obozie. Do najdrobniejszego szczegółu. Zofia Posmysz odniosła wrażenie, że chciał w ten sposób dowiedzieć, jak wyglądały ostatnie dni jego bliskich, którzy jak wiadomo wszyscy zostali zamordowani przez Niemców w obozie.
Arcydzieło nie miało łatwego życia tam, gdzie powstało. Teoretycznie na „Pasażerkę” nie było zapisu cenzorskiego, ale działało słynne, nie podlegające dyskusji „nielzja” (nie wolno, zabrania się) na wystawienie sceniczne. Autorytatywne oceny opery były bardzo dobre, ale nie przekładało się to na decyzje o wystawieniu. Czynników blokujących było bardzo dużo. Od estetycznych po biurokratyczne. Funkcjonowały natomiast, najczęściej we fragmentach, wykonania koncertowe, powstawały ciekawe artykuły, np. o zagadnieniach pracy korepetytora-pianisty z „Pasażerką”. Pierwsze wykonanie w formule semi-stage odbyło się dopiero w 2006 roku w Moskwie (pod dyrekcją Wolfa Gorelika), a światowa premiera sceniczna w lipcu 2010 roku w Bregencji. Była to koprodukcja trzech teatrów operowych: warszawskiego Wielkiego, londyńskiej National Opera i madryckiego Królewskiego Teatru. Dyrygował Teodor Currentzis, a wyreżyserował David Poutney. Ta inscenizacja została zaprezentowana w tym samym („O roku ów!”) roku w Warszawie. Sześć lat później znowu ją pokazano, no i teraz w marcu 2026 roku.
Libretto opery różni się pod wieloma względami od pierwowzoru literackiego, który w większym stopniu skupiał się na relacjach Lizy i Waltera. W operze natomiast dodano jako równoprawny element barak z, pochodzącymi z różnych krajów, więźniarkami. Gdzieś (w rosyjskich źródłach!) przeczytałem, ze to była jak gdyby „sowietyzacja” utworu, w tym sensie, aby wydobyć bardziej „internacjonalistyczny” aspekt, niż psychologiczny. Ale, według mnie, te oba aspekty są tutaj dobrze połączone dzięki, z jednej strony, znakomitemu wykonaniu Agnieszka Rehlis (Lisa) i Rafał Bartmiński(Walter), a z drugiej – teamowi więźniarek, których partie są niewysychającym źródłem wzruszeń dla słuchacza (vide „teatr wzruszeń” Tadeusza Kantora!).
Trudno znaleźć lepszy język muzyczny dla tej tematyki. Zastosowanie skali dwunastotonowej z jej możliwościami ekspresyjnymi kojarzy się z Bergiem, rozszerzona tonalność, urozmaicenie fakturalne, melodyczne, rytmiczne jest absolutnie szostakowiczowskie z ducha. „Pasażerka” jest porównywana do „Katarzyny Izmajłowej”, ale mnie bardziej kojarzy się z 14.Symfonią Szostakowicza...Poszczególne obrazy mają niezwykle zwartą strukturę, w której dużą rolę gra eskalacja napięcia, którego aspekt czasowy jest wprost doskonale zrealizowany.
Jest w muzyce „Pasażerki” ciekawy aspekt ideowy. Ja go tak odczytuję: Po to istnieje muzyka, aby powiedzieć coś diametralnie przeciwnego do realnej tragedii, zbrodni. Wstrząsającemu wyznaniu Bronki (Iwona Wall) z trzeciego obrazu w pierwszym akcie towarzyszy surowa, w sposób wybitnie utalentowany,archaizowana partia orkiestry. To jest nie tylko „tożsamościowy autograf” postaci, ale i kulturowe odwołanie. Inny przykład. Liza (Agnieszka Rehlis) jak śpiewa, to robi spokojnym strumieniem głosu, łącząc dźwięki i schodząc do swojego niepowtarzalnego niskiego rejestru z ciepłem i z prawdziwą przyjemnością, jak gdyby chciała uśmiechnąć się do słuchacza. A też nie obca jest jej ekspresywność języka niemieckiego w scenach obozowych.
(Ale i tak w pewnym kontraście do zboczonych sadystów z SS). W każdym razie, to dzięki takiej muzyce i wykonaniu, dowiadujemy się o istnieniu innego świata niż Auschwitz.
Albo taki moment kulminacyjny z Chaconną J.S. Bacha graną przez Tadeusza (Tomasz Rak, a na skrzypcach wykonuje ją Stanisław Tomanek). Utwór z innego świata. Czy rozbicie skrzypiec i kaźń Tadeusza unieważniają wartość Chaconny? Nie w „Pasażerce”, której muzyka mówi o czymś innym niż piekło. Tak samo z więźniarkami...Rozśpiewanymi, jak ich nauczył ten inny świat, którego istnieniem się pocieszają. Kołysanka Katii (Adriana Ferfecka) sprawia, że w całej sali teatru nikomu nie spada na podłogę numerek do szatni, nie mówiąc o odkaszliwaniu.
Zespoły TWON poprowadził pewną ręką Michał Klauza.
Owoce pewnej reminiscencji okazały się niezwykłe. Połączenie wątku psychologicznego z przesłaniem i niezwykłą muzyką przyniosło prawdziwy skarb. Marta (Nadja Stefanoff) i Lisa (Agnieszka Rehlis) kończą spektakl. Marta mówi, Liza słucha w pewnym oddaleniu. Skończony spektakl otwiera czy podsumowuje dyskusje o winie, karze, przebaczeniu, nieprzebaczeniu? Muzyka chyba jednak podsumowuje. Muzyka najwyższego lotu. To ona wystawiła swój rachunek sadystom i zboczeńcom.

Brak komentarzy: