niedziela, 29 marca 2026

    


RYSZARD MIECZYSŁAW KLISOWSKI
(1937-2024). 

W drugą rocznicę śmierci.

 
Dwa lata tamu, 30-go marca zmarł we Wrocławiu w wieku 86 lat twórca i człowiek niezwykły: Ryszard Klisowski. Kompozytor, instrumentalista, teoretyk muzyki, publicysta i, last but not least, poeta. Nie znałem pana Ryszarda osobiście, ale wiedziałem oczywiście o jego istnieniu i działalności. Bardzo się ucieszyłem (bo to duży, niezasłużony zaszczyt) , gdy jeszcze zdążył mnie zaprosić do znajomych na Facebook’u, na którym był obecny niemal do końca życia. W tym przypadku, pojęcie życia nie jest takie oczywiste. Kiedyś Szostakowicz, zapytany o sonet Michelangelo Buonarrotiego „ Nieśmiertelność” (część cyklu pieśni kompozytora) , powiedział o tej nieśmiertelności, którą twórcy zapewnia jego dzieło.
Ale to jest jedna strona medalu. Druga jest taka, że pamięć jest czymś niezbędnym. A właściwie nieustanne przypominanie, bo sama pamięć jest ulotna. Bez przypominania, zjawiska, ludzie, jak gdyby blakną niczym stare fotografie. A jest ich w spuściźnie Ryszarda Klisowskiego całkiem sporo.
Kompozytor urodził się wprawdzie dwa lata przed wybuchem wojny w wołyńskim Łucku, ale można odnieść wrażenie, że spędził w nim większą część życia. Genius loci to nie tylko sprawa miejsca, ale także pochodzenia, rodowodu z jego odgałęzieniami, z postaciami, które nigdy nie były masą, miały zawsze wyrazisty indywidualny charakter. Dobrze to opisał zacny profesor Stanisław Nicieja w „Nowej Trybunie Opolskiej” * w artykule o rodzinie, z której wywodził się kompozytor. Rodzina niczym jedna wielka historia z całym swoim tragizmem, niezwykłością, utrwaloną także (z pewną autorską transformacją) na stronach, jednego z najważniejszych w globalnej skali dzieł w tym gatunku, czyli „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Ryszard Klisowski po wojnie przez Lublin dotarł do Wrocławia. Zdobył
w tym mieście bardzo wszechstronne wykształcenie muzyczne (instrumentalne na skrzypcach, prowadzenie zespołów, teoria i kompozycja), studiował w Universität für Musik und darstellende Kunst w Wiedniu, m.in. u Romana Haubenstocka-Ramatiego. W Wiedniu też odbył kursy muzyki elektroakustycznej, kompozycji syntetycznej i audiowizulanej (u Dietera Kaufmanna, Georga Pirckmayera i Paula Konta).

Bardzo ciekawa jest w twórczości Ryszarda Klisowskiego współegzystencja muzycznej tradycji ze światem sztuki eksperymentalnej.
Sam się zastanawiam, na ile to są dwie równoległe sprawy, a na ile w jakimś stopniu – ewolucyjne, jak w przypadku Pablo Picasso, którego wynalazczość wynikała z rozumienia i poznania tradycji. Polscy kompozytorzy po wojnie siłą rzeczy musieli się jakoś ustosunkować do szlaku, który wytyczył Karol Szymanowski, szlaku w przyszłość. Na przykład dla Krzysztofa Pendereckiego, Szymanowski był zjawiskiem zamkniętym, tradycją do odrzucenia. Można to oczywiście zrozumieć: kult twórcy „Stabat Mater” , który bardziej skupiał się na osobie niż wartości samej muzyki, mógł być nieprzydatny dla kogoś, kto wiedział, jak ważna jest własna, niepowtarzalna droga twórcza.
Natomiast Ryszard Klisowski, zapewne także pod wpływem swojego instrumentalnego, skrzypcowego wykształcenia odwrotnie: podkreślił znaczenie jakie miał w rozwoju polskiej muzyki „Karol z Atmy”. Zrobił to, pisząc w 40-lecie istnienia Towarzystwa Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Zakopanem, poświęconą Szymanowskiemu Sonatę – Fantazję na skrzypce solo, nawiązującą do Nokturnu-Taranteli op. 28 Szymanowskiego, jak zauważyła Anna Granat-Janki **, wstępnym kwintowym zaśpiewem, a także elementami techniki skrzypcowej.
Warto dodać, że twórca Sonaty-Fantazji jest też autorem, dostępnego na You Tube filmu – prezentacji znanej ikonografii związanej z Szymanowskim.
Podobnie jest w przypadku „Versetti”, utworu na skrzypce solo, poświęconego pamięci Henryka Szerynga, z tym, że nie w sensie kontynuacji samego języka muzycznego,a raczej w sensie ekspresji, która zawsze pociąga wirtuozów tego instrumentu.

Ryszardowi Klisow
skiemu nie obca była jeszcze jedna twórcza parabola, polegająca na sięgnięciu do muzyki wieków średnich piastowskiego Śląska. Tak powstała antologia pięciu filmów z muzyką sakralną Śląska w reżyserii, transkrypcji i opracowaniu kompozytora. Muzykologiczna konsultacja należała do małżonki pana Ryszarda, Walentyny Węgrzyn-Klisowskiej, która te rzeczy badała. Cykl został poświęcony Janowi Pawłowi II w stulecie urodzin. Wśród wykonawców widzimy Cantores Minores Wratislavienses pod kierunkiem Edmunda Kajdasza, Cameratę Silesię Anny Szostak, czy Ars Novą Jacka Urbaniaka. To też jest ciekawa sprawa: wielu muzykom, twórcom współczesnym, bliżej jest do muzyki dawnej niż np. XIX- wiecznej.

I tu przenosimy się parabolicznie do współczesności. Ryszard Klisowski był prekursorem muzyki eksperymentalnej i elektroakustycznej w Polsce. Można powiedzieć, że drogą do tego był logiczny szlak rozbicia systemu tonalnego przez tzw. drugą szkołę wiedeńską, związaną z nowymi technikami kompozytorskimi (serializm, aleatoryzm), którą kompozytor dobrze poznał, i której stał się poniekąd kontynuatorem. Elektroniczna muzyka eksperymentalna stanowi kontynuację tych nowych technik, ale w nowym środowisku. Ogniwem pośrednim, także dzisiaj wykorzystywanym, były formy elektroakustyczne z przetwarzanym lub nie dźwiękiem tradycyjnego instrumentu np. fortepianu , jak np. w, zadedykowanym żonie Walentynie i córkom Joannie i Małgorzacie Fleurage des champs. Utwór w różnych wersjach jest na You Tube w formie autorskiego filmu, wykorzystującego fotografie krajobrazowe z Przesieki, Trossingen i rodzinnego Łucka, do którego, szeroko rozumiane, powroty były bardzo ważnym motywem życia kompozytora. Tak, jak gdyby nigdy Łucka nie opuszczał. Tu kluczowym utworem jest „Łuck Holocaust. Muzyka katedralna z grodu Lubarta” (1989) w dwóch wersjach: na organy i instrumenty perkusyjne i z uzupełnieniem o efekty elektroakustyczne i wizualne. Powstał także film w reżyserii kompozytora z muzyką tego utworu – prezentacja ikonografii związanej z Łuckiem. Ta druga ma już inną wymowę: mamy przed oczami nie tyle postać księcia z rodu Giedyminowiczów, co wiek XX, wiek krwi i zbrodni, szczególnie tragiczny dla Wołynia. Tak skomentował kompozytor to dzieło na swoim kanale na You Tube: „Z długich rosyjsko-kozacko-sowieckich i niemiecko-ukraińskich tradycji ludobójstwa ludności polskiej w żywej pamięci najmocniej odcisnęły się mordy trwające w czasie II Wojny Światowej i jeszcze przez następne lata.” Zastosowane w tytule określenie „Holocaust” , jak pokazuje warstwa wizualna, oznacza wspólnotę losu, A nie, jak to dzisiaj jest często spotykane, rywalizację „czyja krzywda była większa”. Jest w tym coś głęboko humanistycznego i chrześcijańskiego zarazem. Znam taką postawę z osobistych rozmów i nie mogę się nadziwić, jak bardzo współczesna nienawiść jest inna od bólu tych, co WIDZIELI i PRZEŻYLI…
Gdy mamy do czynienia z tragicznymi zdarzeniami zawsze powstaje problem ich opisu, czy przekazania za pomocą słów czegoś, co chociażby wskazywało na istnienie rzeczywistości nie do wyobrażenia. Tylko warstwa historyczna operuje faktami. Ale jak mówimy o prawdzie, prawdziwości, to ważnym dopełnieniem jest tutaj osobiste przetworzenie, którego dokonuje twórca, tym samym poszerzając spektrum rozumienia zjawisk, odrywając się niejako od materii.
Ryszard Klisowski był również poetą, chociaż nie wiem, czy to jest właściwe określenie, bo w tym przypadku mamy raczej do czynienia z zacieraniem się ścisłych granic między różnymi sposobami wypowiedzi, a kluczem staje się dźwięk, jako punkt wyjścia konstrukcji i znaczeń.
Eksperymenty z dźwiękiem, przynależące niewątpliwie do nurtu sonorystycznego stają się bardzo osobistą wypowiedzią: kompozytor bierze udział w nagraniach swoich utworów, realizując deklamacyjne ścieżki,
składające się z sylab, oddzielnych wyrazów, to jest jak gdyby środowisko, gleba, gdzie powstaje poezja.
Wiersz Słowo Ryszarda Klisowskiego jest poniekąd manifestem całej jego twórczości:

Słowo jest brzmieniem!…
Fonacją liczb-liter!…
Połączeniem
Abstrakcji utemperowanej
„EGO”!…
Nowym Ego pragnieniem!…

W Strukturze melodycznej
Słowa-Gestu…
Jego napięciu…
Sile...Mocy…
No...i...w
Kolorze…
Testujesz...PRAWDĘ
DNIA każdego,…

(…)

Wiersze wołyńskie*** Ryszarda Klisowskiego to poezja dźwięku i eksklamacji. Sylaby jak migocące iskry mają wartość dźwiękową tylko pozornie asemantyczną. Bo to jest przywilej twórcy nadawać znaczenie pośrednio, nie dosłownie. W takim przypadku, odbiorca trafia do meta-rzeczywistości, która jest wielką wartością, bo przekracza granice dosłowności, faktu, zarezerwowane dla historii i dokumentalistyki. Te ostatnie dziedziny nie mogą sobie pozwolić na wizyjność, „aleatoryzm” , neologizmy w dodatku o walorach brzmieniowych. Gdzie docieramy więc w poszukiwaniu znaczeń za pomocą takiej metody? W „Wierszach wołyńskich” próżno szukać politycznej siatki znaczeniowej z jej schematami czy nawet stereotypami. Ale ważne są dedykacje poszczególnych wierszy. Pełnią one rolę punktów orientacyjnych dla czytelnika. To są wiersze przeniknięte wiarą w Boga i świadomością, że do Jeźdźców Apokalipsy zbliżać się nie należy, pozostając przy tym, co rodzime i rodzinne od pokoleń. I jest coś fascynującego, jak na ten światopogląd nałożyła się niezwykła twórcza innowacyjność, wybiegająca w przyszłość. Dzisiaj, jak się słucha i ogląda rezultaty pracy kompozytora z AKM, AustroMechana, Studiem GEMEL mamy oczywiście świadomość, jak technika się zmieniła, a wraz z nią jakość brzmienia, obrazu, wszystko się zmieniło. Ale gdy powracamy do dorobku Ryszarda Klisowskiego mamy wrażenie jakiegoś głębokiego humanizmu, obecności człowieka w procesie twórczym. Człowieka, nie humanoida Figure 03.

__________________________

* https://nto.pl/moje-kresy-saga-rodu-klisowskich/ar/9392690

**https://www.polskirocznikmuzykologiczny.pl/pdfy/PRM_2019_Granat-Janki.pdf

***https://www.academia.edu/8257367/Ryszard_Mieczys%C5%82aw_Klisowski_Wybrane_wiersze_wo%C5%82y%C5%84skie_Bia%C5%82y_Dunajec_Ostr%C3%B3g_2013

 

OWOCE PEWNEJ REMINISCENCJI


Prapoczątki „Pasażerki” Zofii Posmysz sięgają 1958 roku, kiedy to zostało uruchomione pierwsze po wojnie połączenie lotnicze Warszawy z Paryżem. Właśnie wtedy pani Zofia dostała zadanie dziennikarskie z Polskiego Radia aby polecieć do stolicy Francji i wrócić tego samego dnia, a następnie opowiedzieć o tym na antenie. Będąc w Paryżu nagle usłyszała za sobą głos kobiety, która po niemiecku wołała do drugiej i ten głos przypomniał jej esesmankę Annelise Franz z Auschwitz. Reminiscencja – twórczy impuls. W 1959 roku powstaje słuchowisko radiowe „Pasażerka z kajuty 45”, rok później widowisko telewizyjne „Pasażerka” w reżyserii Andrzeja Munka, w 1961 Zofia Posmysz napisała nowelę filmową i wspólnie z reżyserem scenariusz do filmu, który został dokończony mimo tragicznej śmierci Munka, wszedł na ekrany w 1963 roku i uważany jest dzisiaj za ostatnie dzieło słynnej polskiej szkoły filmowej.
„Akuszerem” muzycznej wersji „Pasażerki”, czyli opery Mieczysława Wajnberga,można nazwać Dymitra Szostakowicza. Aleksandr Miedwiediew – główny autor scenariusza poznał Wajnberga właśnie u niego. Szostakowicz wtedy powiedział: „Powinniście razem napisać operę. Wam na pewno się uda, postarajcie się.” W połowie lat 60-ych, na łamach kultowego magazynu „Inostrannaja literatura” ukazała się „Pasażerka” Zofii Posmysz (została przetłumaczona na 15 języków, w tym rosyjski). Miedwiediew dał ją do przeczytania Wajnbergowi, który stwierdził: „Faktycznie z tego może powstać opera, spróbujemy ją napisać”. Kiedy już była gotowa, Szostakowicz zaprosił do siebie kompozytora i librecistę,aby go zapoznali z utworem. Po przesłuchaniu tak powiedział: „Mietek, wy sami nie wiecie, co napisaliście. To jest arcydzieło”.
Aleksander Miedwiediew omawiał z Zofią Posmysz wszelkie szczegóły „Pasażerki”. Opowiadał, że razem odwiedzili Auschwitz, weszli do baraku z trójpiętrowymi narami i w pewnym momencie pani Zofia odwróciła się i powiedziała: - To jest moja.
Autorka również odwiedziła kompozytora w Moskwie. Dobrze nie pamiętam, ale to była chyba odpowiedź na moje pytanie na spotkaniu z nią w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, czy osobiście poznała kompozytora. Tak, była u niego. I uderzyła ją jedna rzecz. Myślała, że to będzie rozmowa o propozycjach muzycznych rozwiązań, a to zupełnie nie interesowało Wajnberga. Dopytywał się jedynie bardzo szczegółowo o życie codzienne w obozie. Do najdrobniejszego szczegółu. Zofia Posmysz odniosła wrażenie, że chciał w ten sposób dowiedzieć, jak wyglądały ostatnie dni jego bliskich, którzy jak wiadomo wszyscy zostali zamordowani przez Niemców w obozie.
Arcydzieło nie miało łatwego życia tam, gdzie powstało. Teoretycznie na „Pasażerkę” nie było zapisu cenzorskiego, ale działało słynne, nie podlegające dyskusji „nielzja” (nie wolno, zabrania się) na wystawienie sceniczne. Autorytatywne oceny opery były bardzo dobre, ale nie przekładało się to na decyzje o wystawieniu. Czynników blokujących było bardzo dużo. Od estetycznych po biurokratyczne. Funkcjonowały natomiast, najczęściej we fragmentach, wykonania koncertowe, powstawały ciekawe artykuły, np. o zagadnieniach pracy korepetytora-pianisty z „Pasażerką”. Pierwsze wykonanie w formule semi-stage odbyło się dopiero w 2006 roku w Moskwie (pod dyrekcją Wolfa Gorelika), a światowa premiera sceniczna w lipcu 2010 roku w Bregencji. Była to koprodukcja trzech teatrów operowych: warszawskiego Wielkiego, londyńskiej National Opera i madryckiego Królewskiego Teatru. Dyrygował Teodor Currentzis, a wyreżyserował David Poutney. Ta inscenizacja została zaprezentowana w tym samym („O roku ów!”) roku w Warszawie. Sześć lat później znowu ją pokazano, no i teraz w marcu 2026 roku.
Libretto opery różni się pod wieloma względami od pierwowzoru literackiego, który w większym stopniu skupiał się na relacjach Lizy i Waltera. W operze natomiast dodano jako równoprawny element barak z, pochodzącymi z różnych krajów, więźniarkami. Gdzieś (w rosyjskich źródłach!) przeczytałem, ze to była jak gdyby „sowietyzacja” utworu, w tym sensie, aby wydobyć bardziej „internacjonalistyczny” aspekt, niż psychologiczny. Ale, według mnie, te oba aspekty są tutaj dobrze połączone dzięki, z jednej strony, znakomitemu wykonaniu Agnieszka Rehlis (Lisa) i Rafał Bartmiński(Walter), a z drugiej – teamowi więźniarek, których partie są niewysychającym źródłem wzruszeń dla słuchacza (vide „teatr wzruszeń” Tadeusza Kantora!).
Trudno znaleźć lepszy język muzyczny dla tej tematyki. Zastosowanie skali dwunastotonowej z jej możliwościami ekspresyjnymi kojarzy się z Bergiem, rozszerzona tonalność, urozmaicenie fakturalne, melodyczne, rytmiczne jest absolutnie szostakowiczowskie z ducha. „Pasażerka” jest porównywana do „Katarzyny Izmajłowej”, ale mnie bardziej kojarzy się z 14.Symfonią Szostakowicza...Poszczególne obrazy mają niezwykle zwartą strukturę, w której dużą rolę gra eskalacja napięcia, którego aspekt czasowy jest wprost doskonale zrealizowany.
Jest w muzyce „Pasażerki” ciekawy aspekt ideowy. Ja go tak odczytuję: Po to istnieje muzyka, aby powiedzieć coś diametralnie przeciwnego do realnej tragedii, zbrodni. Wstrząsającemu wyznaniu Bronki (Iwona Wall) z trzeciego obrazu w pierwszym akcie towarzyszy surowa, w sposób wybitnie utalentowany,archaizowana partia orkiestry. To jest nie tylko „tożsamościowy autograf” postaci, ale i kulturowe odwołanie. Inny przykład. Liza (Agnieszka Rehlis) jak śpiewa, to robi spokojnym strumieniem głosu, łącząc dźwięki i schodząc do swojego niepowtarzalnego niskiego rejestru z ciepłem i z prawdziwą przyjemnością, jak gdyby chciała uśmiechnąć się do słuchacza. A też nie obca jest jej ekspresywność języka niemieckiego w scenach obozowych.
(Ale i tak w pewnym kontraście do zboczonych sadystów z SS). W każdym razie, to dzięki takiej muzyce i wykonaniu, dowiadujemy się o istnieniu innego świata niż Auschwitz.
Albo taki moment kulminacyjny z Chaconną J.S. Bacha graną przez Tadeusza (Tomasz Rak, a na skrzypcach wykonuje ją Stanisław Tomanek). Utwór z innego świata. Czy rozbicie skrzypiec i kaźń Tadeusza unieważniają wartość Chaconny? Nie w „Pasażerce”, której muzyka mówi o czymś innym niż piekło. Tak samo z więźniarkami...Rozśpiewanymi, jak ich nauczył ten inny świat, którego istnieniem się pocieszają. Kołysanka Katii (Adriana Ferfecka) sprawia, że w całej sali teatru nikomu nie spada na podłogę numerek do szatni, nie mówiąc o odkaszliwaniu.
Zespoły TWON poprowadził pewną ręką Michał Klauza.
Owoce pewnej reminiscencji okazały się niezwykłe. Połączenie wątku psychologicznego z przesłaniem i niezwykłą muzyką przyniosło prawdziwy skarb. Marta (Nadja Stefanoff) i Lisa (Agnieszka Rehlis) kończą spektakl. Marta mówi, Liza słucha w pewnym oddaleniu. Skończony spektakl otwiera czy podsumowuje dyskusje o winie, karze, przebaczeniu, nieprzebaczeniu? Muzyka chyba jednak podsumowuje. Muzyka najwyższego lotu. To ona wystawiła swój rachunek sadystom i zboczeńcom.

niedziela, 1 lutego 2026

 

AKACJE


Kiedy mniej więcej pół wieku temu dowiedziałem się o Mieczysławie Wajnbergu, nie przypuszczałem,że tak, jak Marina Cwietajewa napisała proroczo o swojej twórczości: „Moim wierszom, napisanym tak wcześnie (…), Przyjdzie czas – ja wierzę”, że podobnie stanie się z muzyką Wajnberga. Doszedłem do niej niejako od źródła, przez znajomość życia i twórczości Dymitra Szostakowicza, czyli „z tamtej strony”. Dzisiaj, m.in. dzięki Instytutowi Mieczysława Wajnberga przyswajanie jego dorobku inaczej rozstawia akcenty: to był Warszawianin, tu był jego dom. Nowe pokolenia będą miały przed oczami kogoś, kto jest i nam bliski, kto może i dzisiaj swoją muzyką otwierać serca, umysły, przypominać charm przedwojennej Warszawy. A przy okazji (a okazja będzie, bo w marcu wraca na deski TWON, „Pasażerka”) dowiemy się coś więcej o rzeczywistości, dla opisu której brakuje dzisiaj odpowiednich narzędzi, mimo olśniewającej techniki - urzeczywistnienia proroctw Stanisława Lema.
Znaleziono je we Wrocławiu. Naprzód była, nagrana w maju ubiegłego roku i wydana przez Brillant Classics, płyta "Weinberg: Songs". Joanna Klisowska (sopran) i Katarzyna Neugebauer (fortepian)wykonują na niej pieśni kompozytora. Płyta doczekała dobrej recenzji w "Der Theater Verlag" , a także bardzo prestiżowej nominacji na tzw. kwartalnych długich listach jury nagrody niemieckiej krytyki nagraniowej.
Na koncercie we wrocławskiej synagodze Pod Białym Bocianem zabrzmiały pieśni z płyty, a także fortepianowe Trzy tańce fantastyczne Szostakowicza z op. 5 i preludia Wajnberga z Albumu dziecięcego. Włączenie Szostakowicza do programu z Wajnbergiem to był bardzo dobry, chociaż w Polsce rzadko spotykany, pomysł. Też bym tak zrobił 😉 Tu zresztą byłyby na miejscu i inne zestawienia. Np. dwóch kolegów ze studiów u Wasilija Zołotariowa w Mińsku: Mieczysław Wajnberg i Ryszard Sielicki. W każdym razie, pogram ułożony był na medal.
Pieśni Wajnberga to perły. Bazujące na kilku tradycjach językowych (polskiej, jidisz, rosyjskiej), bardzo subtelne, zwłaszcza, gdy odnoszą się do świata radosnego, do świata miłości, kiedy stają się melodyjne (melizmatyczne zwroty!). Natomiast rozrzedzenie faktury, to jak gdyby miejsca pamięci: czas aby w skupieniu zatrzymać się, pomilczeć. Ale generalnie nie schodzimy w nich do "otchłani" , zwątpienia (jak u Szostakowicza w 15-ej Symfonii). Czasem pojawiają się elementy satyryczne, ale nie w ekspresjonistycznym kształcie. Raczej jako znakomita przyprawa.
Joanna Klisowska nie "wyśpiewywała" tych pieśni w stylu: teraz wyjdę i pokażę. Zastosowała klucz naturalny, ufając barwowym alikwotom swojego głosu, a w końcówkach nadając mu lekkość wiosennego zefirka, jak w porze kwitnienia akacji. Wspólnie z pianistką "zaprzyjaźniły się" ze specyficzną przestrzenią akustyczną sali, gdzie dźwięk dobrze niesie, ale nie miesza się i nie odbija.
Słowo krótkie i na temat należało do Joanny Degler-Lisek.
To był przepiękny dzień i wieczór...
_______________________
Albums - Joanna Klisowska - official website
klisowska.pl
Albums - Joanna Klisowska - official website

piątek, 10 stycznia 2025

 

CZY JEST ZIEMIA ZA PEREKOPEM?

„Za Perekopem jest ziemia”. Inne tłumaczenie: "Ziemia za Perekopem” (mniej precyzyjne, bo odnosi się bardziej do pojęcia „ziemia” niż do, ważnego w jej treści, faktu jej istnienia). Perekop (miejscowość), Przesmyk Perekopski oddzielający Półwysep Krymski od lądu ma znaczenie geograficzne, ale w tym przypadku jest ono mniej istotne. Dla autorskiej idei Anastazji Lewkowej ważniejszy jest kierunek sformułowania „Za Perekopem”: bardziej z południa na północ niż odwrotnie. Czyżby nie czas był na refleksję nad odwrotnym wektorem: „Czym był i czym jest dla Ukrainy Krym?”. Autorka generalnie nie dotyka jej z tej prostej przyczyny, że dla Utajewy, bohaterki i narratorki powieści, osobiście, wręcz życiowo ważny jest kierunek z południa na północ. Jest to kierunek identyfikacyjny, tożsamościowy. Utajewa rosła w świadomości tożsamości rosyjskiej, podpartej rzekomym (co się wyjaśnia pod koniec książki) istnieniem, mającego służyć w NKWD, dziadka. „Duch” tego przodka wraca co jakiś czas w myślach Utajewej, ale mówiąc szczerze, nie ma jakiegoś kluczowego znaczenia. Raczej jest taką ciekawostką genealogiczną, która nie implikuje wyborów, decyzji, zainteresowań. Postawa Utajewej jest protatarska. Od małego, przyjaźniąc się z Alie, poznaje krymsko-tatarski język, zwyczaje, historię, a więc i deportacje oraz powroty, jako coś, co konstytuuje tę społeczność, spaja i determinuje stosunek do władzy państwowej. A ta, jak wiadomo, zmieniała się: była komunistyczna, potem przyszła ukraińska a po niej, i ten stan rzeczy mamy teraz, rosyjska. Misją książki jest więc poniekąd uświadomienie czytelnikom, że ukraińska władza jest dla Tatarów krymskich rozwiązaniem najkorzystniejszym, z tym, że to raczej przy okazji, a nie w formie głównego, czy narzuconego tematu. Ważniejsza jest postać narratorki, Oksany Utajewy, która na stronach książki przechodzi krystalizację tożsamości, poglądów. Jej obraz jest malowany bardzo uczciwie. W pełni możemy sobie wyobrazić tę utalentowaną dziewczynę, lekko uzyskującą dobre wykształcenie, nowoczesną, ale nie zwesternizowaną aktywistkę, facylitatorkę, współpracowniczkę Muzeum Etnograficznego w Symferopolu, oprowadzającą zagraniczne wycieczki. Wiem, bo sam spotykałem takie osoby na Krymie: budziły prawdziwy podziw wiedzą i kulturą humanistyczną. Ale jest w obrazie Oksany coś, co nazwałbym...słabym ogniwem. Może być tak, że bez tego w ogóle książka nie ukazałaby się teraz, tylko za sto lat, więc podchodzę do tego na spokojnie. Chodzi mi o taką rzecz. Otóż dla mnie, jako dla czytelnika, któremu temat nie jest bynajmniej obcy, nie jest jasne, z jakiej bazy kulturowej Oksana, że tak powiem, rusza w świat. Albo inaczej: z jaką bazą kulturową się rozstaje. W kilku miejscach wymienia pisarzy rosyjskich, w tym krymską Julię Druninę (zwiedzałem jej muzeum w Starym Krymie i byłem bardzo poruszony historią jej życia), aby „odfajkować” informacje o tej bazie. To znaczy, wygląda na to, że nie miała ona dla Oksany żadnego znaczenia. Czytelnik (w mojej skromnej osobie) może odnieść wrażenie, że de facto, Utajewa nie ma w stosunku do tej, jak to nazwałem, bazy, żadnego osobistego stosunku, poza aprioryczną, aczkolwiek wytłumaczalną, niechęcią. Nie przekonuje więc rysunek jej kulturowego „coming out”, bo niby czego miałby dotyczyć?. Z drugiej strony rozumiem Autorkę, że taka redukcja była jej potrzebna kompozycyjnie i ideowo. Za to psychologicznie postać Oksany i nie tylko jej, jest nakreślona znakomicie i przekonywająco. Dlatego uważam, że jest to bardziej powieść feministyczna niż etnograficzna, mimo że na jej stronach oddychamy kulturą i językiem Tatarów krymskich. Mamy tu jednak ciekawe przeciwstawienie wartości: te tradycyjne, konserwatywne, ukoronowane sceną wesela Alie, reprezentują Tatarzy, a Oksana jest rzeczniczką nowoczesnych relacji: jej żywiołem nie jest ognisko domowe i macierzyństwo, tylko aktywizm, przemiana świata, zaś relacje seksualne mogą temu towarzyszyć, ale nie muszą. Już uległy autonomizacji, ale jeszcze nie utraciły związku z uczuciami i przyjaźnią. Ta „nowoczesność” Oksany jest inna niż radykalnych aktywistów typu zachodniego. No i przede wszystkim, o coś w niej chodzi, to nie jest „sztuka dla sztuki”.
W książce nie ma polityki, tak jak my, pożeracze agencyjnych nowości, ją rozumiemy. Wyczuwa się, że ona jest, ale daleko. Zbliżają do niej takie sceny, jak rozmowy Oksany z agentem służb (SBU a po aneksji - FSB) Walerczykiem. Nawiasem mówiąc, bardzo przekonywająco narysowanym przez Autorkę.
Ale to wszystko dzieje się na dole. W którymś momencie, podczas rozmowy, w której Wład powołuje się na cytat z książki Ziemowita Szczerka „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” , Oksana pyta: „A co ma Polak do Ukrainy?Tym bardziej do Krymu”. I dalej:
Wład: - Zobacz, ty sama przeciwstawiasz Krym Ukrainie;
Oksana: - Jak to przeciwstawiam?
Wład (cytując Oksanę) : Tym bardziej do Krymu.
Oksana: - Polska jest po prostu bardzo daleko od Krymu.
I faktycznie, ten dystans między sprawami krymskimi a resztą świata, był i jest ogromny. Kiedy przed laty mówiłem we Lwowie, że jadę na Krym, w odpowiedzi słyszałem: Krym to nie Ukraina. A na Krymie: Przyjedziecie za 15 lat być może już do Islamskiej Republiki Krymu.
Książka Anastazji Lewkowej okazała się dla mnie najtrudniejsza pod względem emocjonalnym. Spektrum moich doznań związanych z Krymem jest znacznie szersze, niż sugerowane w książce. Mam nieodparte wrażenie, że Autorka zechciała uczynić z „mojego” Krymu terra incognita. No cóż, nie jest to panorama lecz „głos w sprawie”. Czy wytrze on z pamięci też takie fenomeny, jak etos wołoszynowskiego Koktebela? Zobaczymy.
____________
Anastasia Levkova, Za Perekopom je zemła. Krymska opowieść, wyd. Laboratoria, Kijów 2024.

piątek, 26 sierpnia 2022

 Bardzo polecam tę rozmowę. Także dla dyskusji,przemyśleń i w ogóle...Maria Ostroukhova jest śpiewaczką (mezzosopran), absolwentką słynnego koledżu im. Gniesinych w Moskwie oraz Royal College of Music w Londynie (dyplom z wyróżnieniem) pod kierunkiem Nicolasa Searsa i Simona Leppera. Znakomicie wypowiada się w formach scenicznych i koncertowych, głównie barokowych i trochę klasycznych, sięgając także do nurtu, który nazywamy klasyką współczesności. Na przykład,w sposób niezrównany interpretuje "6 wierszy Maryny Cwietajewy" Szostakowicza, łączy cechy głosu dramatycznego z liryką prowadzenia i wartościami ekspresyjnymi. Ale wywiad nie jest o muzyce (a trochę szkoda). Jest on o tym, czym żyje świat i czym też żyje sama Maria. Proponuję tę rozmowę obejrzeć i zachęcam do komentarzy, pamiętając, że każde uogólnienie, każdy schematyzm w myśleniu jest obarczony błędem...
 



Poprzedni mój post jest dowodem na niewątpliwy talent literacki Marii. Zachęcam do zapoznania się.

środa, 24 listopada 2021

 Maria Ostroukhova




Sprechen sie Nahuatl? 

Zaczęła się ta niezwykła historia w ten fatalny dzień, kiedy to major Prokopienko postanowił wziąć na przesłuchanie dwoje studentów lingwistyki. Wicia Komarow i Tania Dierewiaszkina od dawna już skupiali jego uwagę jako niebezpieczni terroryści. Major zauważył ich już na pikietach w obronie klombu koło Domu Kultury „Aviamotorist”. Nieciekawe typy!Ale dopiero kiedy Tania udostępniła na swoim profilu karykaturę rysownika Sosnowskiego przedstawiającą Towarzysza Dorożkina, a szlachetny rycerz Wicia odważnie ją zalajkował, dopiero wtedy major Prokopienko z czystym sumieniem zaraportował o wzięciu pod obserwację niebezpiecznych ekstremistów. Chociaż, prawdę mówiąc, karykatura była ostra i śmieszna, więc ją sam major posłał chłopakom na grupowy czat „Siódmy Oddział”.

Z początku wszystko szło normalnie. Młodzi ludzie rzadko do siebie dzwonili, wszystko sms-ami. Władze przeklinają, wszyscy złodzieje. Coś pięknego! Teczka robi się coraz grubsza, paragrafy coraz cięższe, dystynkcje same wskakują na ramiona.
Aż nagle wszystko zamilkło. Z smsów zaczęła się wlewać nuda: „kup kefir”, albo takie coś: „idę w weekend do mamy”. Major zaczął się denerwować. Nawet polecił sprawdzić, co tam z tą mamą i kefirem, ale wszystko okazało się w porządku. Proszę, oto fotografia kefiru, a to – nagranie wideo spotkania z mamą.

Major Prokopienko poczuł wewnątrz chłód. Coś tak, jak u dobrej gospodyni, gdy zauważy, że rosnące wspaniale ciasto nagle siadło.

- Sprawa!Cała sprawa się wali! - krzyczał w nocy nieszczęśliwy major.
I oto pewnego razu, Wicia przysłał Tani dziwnego, napisanego nie po naszemu, smsa. Prokopienko chrząknął nie kryjąc zachwytu i pobiegł do kryptografów.
- No i jak? Bardzo skomplikowane? -zacierając ręce pomrukiwał major.
- Nic trudnego, to po angielsku. Tu jest napisane…
- Struktura organizacji? Lokale? Hasła?
- Hmmm...Haj tu powiedzieć? „Kup kefir. W weekend pojadę do mamy. I jeszcze dwadzieścia jajek nie zapomnij”
- Twoja mać – wkurzył się major. Chociaż pojawienie się w sprawie języka angielskiego całkiem spodobało mu się. Można będzie podczepić pracę dla amerykańskich służb specjalnych.
Zagraniczne smsy sypały się jak z rogu obfitości. Pod koniec półrocza major Prokopienko dowiedział się jak jest po francusku, portugalsku i wietnamsku „Witaj, słoneczko, czy sprzątnąłeś kłaki po Puszku?”.
Hiszpański opanował praktycznie doskonale, szczególnie podobała mu się fraza „Twoja matka – du*a”.
Aż tu zdarzyła się pierwsza nieprzyjemna sprawa. Od sms’a, który według majora był po francusku, zawiesił się tłumacz Googla. Ekspert rzucił okiem na to cudo-judo i rozłożył ręce:
- Kurczę, Michałycz, no nie wiem. Niby jest to francuski, ale jakiś taki dziwny. Pewnie starofrancuski!
- No i co tu robić? - majorowi aż zatrzęsły się ręce ze zdenerwowania. Przecież nie gdzie indziej a w tym starofrancuskim smsie kryje się wymarzona gwiazdka podpułkownika!
- Trzeba znaleźć specjalistę – zmęczonym głosem i przy okazji ziewając, odparł kryptograf.
Fachowca znaleziono. Okazał się nim Wienia Szlimazł z kryminalnego półświatka, akurat po odsiedzeniu trzech lat za naniesienie szczególnie ciężkich ran moralnych bojownikowi „Wympieła”. Zarazem był on jedynym w Jekatierinburgu specjalistą od staroprowansalskiego języka.
Z początku major obawiał się, czy Wienia Szlimazł nie odmówi współpracy ze stróżami porządku i był bardzo przyjemnie zaskoczony, kiedy lingwista w majestacie prawa wyraził gotowość działania. Zresztą samo zadanie okazało się bardzo proste, zaś Wienia zaśpiewał sporą sumkę za jego realizację. Prokopienko jęknął, ale wymarzona, a niedająca spokoju ni we dnie ni w nocy, gwiazdka podpułkownika, nie kazała mu zwlekać z wypłatą honorarium Szlimazłowi.
Przekład smsa okazał się znacznie bardziej poetycki niż wszystkie dotyczasowe: „Szlachetny graf Prokopè mądrością nie grzeszy. Moja damo, budzicie mój szczery podziw i tak zostanie do końca moich dni”.
To był prawdziwy szyfr!Tego dania w oddziale zdarzyły się dwie rzeczy: padł tymczasowy sztab do walki z terroryzmem i równocześnie rozbiła się doniczka z kaktusem. Kaktus należał do chorążego Siniuchiny, w której kochał się skrycie Prokopienko, i od której tego ranka usłyszał sporo nowych wietnamskich przekleństw, rozszyfrowywanych przez nią przez ostatnie trzy miesiące.
Wysłany przez Wicię do Tani, nowy sms, wprawił w zakłopotanie cały sztab. Niezrozumiały, napisany łacińskimi literami, tekst, okazał się w wyniku dokładnych badań językiem fur. Dowiedziawszy się o tym, Prokopienko z miejsca chciał zwrócić się do chłopaków z trzeciego batalionu drogówki obwodu swierdłowskiego, wiedząc, że świetnie się znają na różnych furach, brykach. Jednak ekspert w dziedzinie języków nilosaharyjskich, Nażmuddin Mawsuddinow, którego znaleziono aż w Nowosybirsku, wyjaśnił, że językiem fur posługuje się kilkoro sudańskich pastuchów. Sama zaś wiadomość brzmiała tak: „Tyś szybka antylopa, całą noc polowałem, lecz moja dzida znowu gotowa jest do walki”.
Prokopienko z satysfakcją napisał raport o związku Komarowa i Dierewiaszkiny z islamską organizacją „Er-Mudoh-Mnewzad”. Sam Mawsuddin otrzymał godne honorarium.
Jekatierinburg stał się przez następne miesiące światową stolicą lingwistyki a we wszystkich elitarnych restauracjach, saunach i butikach zagnieździli się specjaliści od cygańsko-greckiego, zachodniofryzyjskiego i walenckiego języka gestów.
Kroniki skandali upstrzone były krzyczącymi tytułami: „Babilońskie wulgaryzmy na plafonie Teatru Opery i Baletu”, „Wybranką serca specjalisty od południowokirgiskich języków okazała się Ałła Pugaczowa” i „Dlaczego w Górnej Pyszmie mówią po hawajsku?”
W ciągu następnych kilku lat, stolica Uralu zmieniła się nie do poznania. Wyfiokowane pięknisie zasiadły w bibliotekach, gdzie zawzięcie kuły Czarną Mowę, aby podłapać tolkienistę. Mamusie teraz walczą o miejsce w przedszkolu z centralnokilimandżarskim nachyleniem, a cenniki w sklepach oficjalnie zamieszczane są cyrylicą, łacińskim alfabetem i egipskimi hieroglifami z szyfrem Leibniza.
Tylko w swierdłowskim Teatrze Opery i Baletu można teraz obejrzeć „Traviatę” w południowo-boliwijskim keczua i „Eugeniusza Oniegina” we wschodnim dialekcie języka baszkirskiego.
Tylko w Jekatierinburgu pojawiła się popularna usługa seksualna „Klasyczny Nahuatl” i teraz klienci z całego kraju odwiedzają miejscowe sauny.
Tania Derewiaszkina i Wicia Komarow pobrali się i przeprowadzili się do Moskwy. Wienia Szlimazł, dostarcząjący lingwistów do centrum walki z ekstremizmem (i ściągający procenty z ich bajkowych honorariów) został miejscowym oligarchą. Kupił Uralwagonzawod i przerobił go na Uralaragonbibliotekę a wszystkich pracowników wysłał na kursy aragońskiego dialektu języka staroprowansalskiego.
Chorąży Siniuchina otworzyła restaurację zuluskiej kuchni, gdzie w menu znajduje się ponad pięćdziesiąt dań z trzystu rodzajów kaktusa.
A jak tam major Prokopienko?
Mówią, że wyjechał w góry, gdzie prowadzi proste życie, hoduje króliki i dzierga skarpetki przy wtórze IX Symfonii Beethovena pod batutą Herberta von Karajana. A wszystkiemu jest winny ostatni sms od Tani Derewiaszkiny do Wici Komarowa w kałostepekskim misztekskim języku.
„O, wodzu Prokopienhuaka!Ślemy tobie słowa wielkiej wdzięczności. Twoje oko orła oraz spryt jaguara zapewniły byt wielu synom Ketzalkoatla. Żyj, Wielki Wodzu w spokoju pod łaskawą dłonią Majahueli w cieniu Hujnaputiny. A my ruszamy w daleki Moskwacztitłan głosić twoją mądrość innym wodzom”.


Tłum. z ros. Lech Koczywąs