sobota, 13 lutego 2021

28 stycznia minęło 25 lat od śmierci Josifa Brodskiego. Z tej okazji, znakomita rosyjska pianistka, Polina Osetinskaya podzieliła się na Facebook'u, napisanym przez siebie w styczniu 2013 dla czasopisma "Russkaya zhizn' ", tekstem. Pozwoliłem go sobie przetłumaczyć.



 



W jednym oknie – pastoralne białe domki typu „chalet” z rzeźbionymi drewnianymi balkonami i przedszkole z pustym basenem, w drugim – dwa ostro zakończone, wznoszące się ku niebu, skaliste szczyty, na których rosną karnie kijki świerków. Jak one rosną, nie mam pojęcia. Po pierwsze, góra kamienista, po drugie, prawie pionowa, a kijki równo sterczą. Jakaś tajemnica. Czuję się jak pastor Schlag. Jesteśmy w Dolomitach, w Południowym Tyrolu na północy Włoch. Mąż z dziewczynkami są tutaj starymi bywalcami, ze starszą córką on już trzeci rok tu przyjeżdża, a zeszłą wiosną zabrał także młodszą – włożyć trzylatce na nogi narty. A ja z Antonem pierwszy raz tu jesteśmy. W przeciwieństwie do nich na nartach nie jeżdżę, oszczędzam ręce a Anton dopiero co poszedł, tak więc poczeka. Czasami z nim wyjeżdżamy kolejką – z góry otwiera się niesamowity widok. Szczególnie lubię oglądać, zmieniające swoje miejsce maleńkie punkty: przesuwające się tu i tam niezliczone podnośniki i narciarzy wielkości kropli na szybie. Zdajesz sobie wtedy sprawę z tego, że we Wszechświecie jesteśmy zaledwie śmiertelnymi robakami i jak bez sensu, mój Boże, tracić swoje cenne, takie krótkie życie, na udowadnianie jeden robak drugiemu, kto jest bardziej robaczywy. Siadamy na tarasie kawiarni, ja z filiżanką herbaty, Anton w wózeczku z butelką. Oboje wystawiamy twarze do słońca w oczekiwaniu naszych narciarzy. I już są!Zaczerwienieni, zadowoleni, opaleni z dzikim apetytem po jeździe. W miasteczku nie ma nic specjalnego do roboty – jeden sklep, cukiernia, cztery punkty sprzedaży odzieży sportowej, lodowisko, jeden kościół w centrum a drugi na wysokiej górze. Jest jeszcze dwadzieścia restauracji i mniej więcej tyle hoteli i pensjonatów. Mieszkamy na Henrik Ibsen Strasse. Codziennie wieczorem przy kolacji zapalają nam na stołach świece, kucharz wymyśla menu w duchu „haute cousine” z pięcioma zmianami dań, właściciel hotelu jest jednocześnie jednym z najlepszych we Włoszech producentów grappy a we foyer leży jego ogromny pies. Trwa świąteczna przerwa Bożonarodzeniowa,hotel jest pełny, dzieci wszystkich przedziałów wiekowych dosłownie roznoszą pomieszczenia, oglądają kreskówki na komputerze, śmiecą, mają swoje humory, cieszą się i żadna zołza na nich nie krzyczy. We wszystkim przejawia się słynny włoski stosunek do dzieci – pozwala im się na wszystko i wygląda na to, że wyrastają później na szczęśliwych i wolnych, nieustraszonych ludzi. Nigdzie – ani na górze, ani w hotelu nie słychać: „Stój, mówię coś do ciebie!”, „Dokąd poszedłeś” i „Dostaniesz teraz za swoje”. Systemowa pomyłka – większość Rosjan tresuje swoje dzieci, szczerze uważając, że one jak automaty powinny robić tylko to, co się podoba ich rodzicom, a Włosi po prostu kochają i widzą w nich łaskę Niebios.

Włoskie ferie kończą się właśnie w Wigilię, goście rozjeżdżają się, choinkę rozbierają, Saszeńka pomaga pokojówce odkurzać hall, a Antoś z rozkoszą rozgryza cynamonowe rurki i, rozłożone dla dekoracji, anyżowe gwiazdki. Bezczelnie zaczynam pić szampana już od siódmej wieczorem - postanowiliśmy z dziećmi nie wyrywać się na Całonocne Czuwanie do Merano a pojechać tam za dnia.

Odwiedziny Merano, których jedynym celem jest znaleźć się na Boże Narodzenie w miejscowej rosyjskiej cerkwi, przechodzą rewelacyjnie: godzinę na piechotę szukamy świątyni, dzieci rozrabiają a kiedy wreszcie znajdujemy ją, okazuje się, że jest zamknięta, zaś naprzeciwko niej zachęcająco migocze światłami dom spokojnej starości „Villa Sankt-Petersburg”. Dzieci są głodne, więc siadamy na ławce przed wejściem i karmię je łyżeczką ze słoików a pensjonariusze machają rękami i laskami Saszy i Antosiowi. Zaspokoiwszy południowy głód, wsiadamy do samochodu i jedziemy z powrotem bez odwiedzin w żadnej klinice liposukcji, co oczywiście mam zamiar naprawić w przyszłości.

Wstąpiliśmy po drodze do Bolzano, a następnie ruszyliśmy do Wenecji. Bardzo jestem podekscytowana – jadę po raz pierwszy. Są takie rzeczy, które trzeba odłożyć na starość , albo chociaż na kryzys średniego wieku. Na przykład zagrać Wariacje Goldbergowskie, przeczytać „Biesy” czy właśnie zobaczyć Wenecję. Każdy ma oczywiście swoje upodobania. Ja tyle o niej przeczytałam, że już nawet nie wiem, czyimi oczyma będę ją oglądać. Oddycham, za radą Brodskiego „uliczną, wypełnioną harmonią dzwonów mgiełką, która po części jest wilgotnym tlenem, po części zaś aromatem kawy i modlitwą”, i zapominam o wszystkim - jestem tylko ja i miasto. Oto Palazzo Foscari, most Rialto, Akademia, dziwnie jest widzieć to wszystko na jawie. Zatrzymujemy się w, niewyobrażalnie pięknym, palazzo. Zaraz przy wejściu wszyscy zaczynają piszczeć z zachwytu, dziewczynki biegają między sypialniami i skaczą na łóżkach, ryzykując wylądowanie wprost do wody. Trzy dni spacerujemy w deszczu po Riva degli Schiavoni, na Wyspie Giudecca, po Dorso Duro, po niezliczonych uliczkach i bulwarach, oglądamy Tiepolo w Ca’Rezzonico, w końcu docieramy na San Michele. Mąż z dziewczynkami idą na vaporetto do środka, ja zostaję ze śpiącym w wózku Antosiem na lodowatym wietrze. Odpływamy od Il Giardini, kolor nieba przechodzi od ledwo zauważalnego różowego Canaletto do płowej, liryczno-ochrowej szarości. To samo dzieje się z wodą – lazur zamienia się w pienistą, narowistą szarość. Stoję, z całych sił ściskając wózek i teraz zaczynają się myśli nie do powstrzymania jak krzyk..Myślę, co jest lepsze: nagła, lekka śmierć, czy ciągnące się, pełne bólu, stracha i beznadziei, gaśnięcie. Myślę, co jest lepsze: miłość zerwana u swojego szczytu, bez wyjaśnień, z na zawsze pozostawionym w sercu cierniem, czy długa droga nieuniknionej transformacji od miliona wątpliwości do rozpaczliwej niechęci pić razem rano kawę lub, jak się uda, do cichej wdzięczności i podania na starość basenu do pościeli. Nie wiem, czy „ludzie cenią bardziej swoje melodramaty niż architekturę i dopóki piękno jest mniej cenne niż psychologia, to miasto jest nie na moją kieszeń”. Od razu poznaję jego grób, wręcz rzucam się w jego kierunku i czytam starszej, Nastii:

Stygnie kawa. Laguna pluszcze śląc ku brzegom setki błysków i oczom dokucza niezmiennie za chęć zapamiętania pejzażu, skłonnego obejść się beze mnie.(„Strofy weneckie” Josifa Brodskiego w przekładzie Katarzyny Krzyżewskiej)


Oryginał:

https://www.facebook.com/polina.osetinskaya/posts/4224632204232264